Legendarna Wiera Gran (1916-2007)
Wiera Gran (właściwe nazwisko Weronika Grynberg) — nazwisko, od którego tchnęło już od pierwszej chwili jakąś rosyjsko-iberyjską egzotyką, pobudzało wyobraźnię młodego chłopca, było wymieniane, wspominane przez jego rodziców. Do wspomnień dołączany był też głos z jedynej ocalałej przedwojennej płyty. Co noc, pieśni mi śpiewa wiatr — głos zmysłowy, niski, tajemniczy. Tajemniczość zjawiska Wiery Gran na początku lat 60. brała się też z jej fizycznej nieobecności w kraju: Kim jest ta pani, która śpiewa tak inaczej? Wyobraźnia nasilała się, jak przy wszystkim, co intrygujące i niedopowiedziane.
Ordonka została już przywrócona pamięci rodaków pierwszą płytą wspomnieniową, Fogg kokietował artystycznym zbliżeniem się do młodych dziewcząt, Zofia Terné wpadała z Londynu, by odświeżać swe Białe bzy, a Zimińska, „Lopek” Krukowski i Dymsza stawali się na naszych oczach zasłużonymi nestorami. Tylko Wiera Gran, ich młodsza koleżanka, swą nieobecnością zapracowywała sobie na niepamięć rodzimych odbiorców.
Aż nadszedł rok 1965 i gwiazda po piętnastu latach emigracji przyleciała z Paryża, by znów występować w Polsce i by nagrać swą jedyną polską płytę długogrającą. Miałem wtedy dziewiętnaście lat i byłem jednym z pierwszych nabywców i słuchaczy tego krążka.
Dziś, nagrania te zostają wznowione, co porusza mnie bardzo. Jestem wiernym wielbicielem i miłośnikiem talentu i głosu Wiery Gran, a w swoim czasie stałem się też adresatem i powiernikiem jej zwierzeń, wrażeń, wspomnień i uwag.
Ale wówczas, w swym wczesnym okresie zachwytu, nie rozumiałem jeszcze „zjawiska Wiery Gran”: dlaczego ta wybitna artystka i osobowość nie osiągnęła popularności na miarę jej wyjątkowego i unikatowego talentu, dlaczego towarzyszyła jej zawsze aura pewnego niedopowiedzenia.
„Zaczęłam występować, bo w domu była bieda, ktoś musiał zarabiać” — tak Wiera Gran wyraziła się w jednej ze swych relacji. Piętnastoletnia dziewczynka trafia do baletu i niemal natychmiast do kabaretu. Kiedy wypadek samochodowy unieruchamia jej nogę, „mała Wierka” — aby nie próżnować — próbuje coś zaśpiewać swoim kolegom z orkiestry. Tak zaczyna się historia poczwarki, która w ciągu jednego sezonu — rok 1934 — przemieni się w urodziwego, pięknego motyla. Talent zostaje natychmiast zauważony, a koledzy muzycy udzielą wsparcia. Tylko dyrektorzy mają obawy, czy występy „niepełnoletniej panienki” w kabarecie nie ściągną na nich jakichś administracyjnych kłopotów. Ale na to też jest rada: długa suknia, mocniejszy makijaż, dystyngowana fryzura dodadzą lat. Wszystko to okaże się dodatkiem, bo Wiera Gran ujawni niemal natychmiast swój wielki dar i talent: prócz unikatowego głosu i doskonałej muzykalności, cechować ją będzie niemal od początku instynktowne wyczucie treści przekazu i interpretacji — nieomylna intonacja.
Ludzie zaczynają przychodzić na dancingi w Paradisie, by posłuchać nowej pieśniarki i — mimo że — to lokal z konsumpcją i alkoholem — gdy ona wchodzi na estradę, milknie gwar i „nie usłyszy się stuknięcia łyżeczki o talerzyk”. Natychmiast też zwraca na siebie uwagę potentatów z wytwórni płytowej Syrena-Electro i nagrywa w niej, niespełna osiemnastoletnia, swe pierwsze interpretacje, początkowo pod różnymi pseudonimami: Sylvia Green („Ach, to imię tak mi się wtedy podobało!”), Mariol, Wiera Green, w końcu — Wiera Gran, głosem „metalicznym” i jakby sztywnym od młodzieńczej tremy. Dwa lata miną i głos nabierze elastyczności i „wiolonczelowej barwy”. Jerzy Gert — szef orkiestry w wytwórni płytowej Odeon — też zaproponuje jej współpracę.
W Tygodniku Świat z marca 1936 roku, ukazuje się pochlebna recenzja: „sympatyczna Wiera Gran, jedna z większych atrakcji Paradisu, nagrała nową płytę, która pod każdym względem stoi o wiele wyżej od poprzednich. Nareszcie znalazła właściwy swój rodzaj; jest to typowa diseuse, która nigdy nie powinna nadużywać swego głosu”.
Opiekunom z Paradisu będzie wierna prawie do końca, tzn. do roku 1938. „To był świetny start!” — faktycznie, muzycy Julian Front, Michał Ferszko i jego młodszy brat, Stanisław, byli ciągle przy niej i dawali znakomite warsztatowe wsparcie. To dość niezwykły przypadek, by bez reklamy, bez zabiegów towarzyszących zazwyczaj tworzeniu gwiazdy, tak błyskawicznie uzyskać tak wielką popularność i uznanie. Właściwie u wszystkich.
W roku 1937 Wiera Gran spotyka Edwarda Kurca (Eddy Courts), młodego muzyka i kompozytora, który zachwyci się jej śpiewem i napisze dla niej piosenkę, początkowo pod tytułem Pamiątka, wkrótce zmienionym na List. Będzie to największy jej przebój, nagrywany wielokrotnie przez solistkę, a z czasem też przez inne pieśniarki. ja mam swą szufladę zamkniętą na klucz... — zanuci, a wrażliwsi wielbiciele dokończą: gdzie prócz mnie nie zagląda nikt...
Po wielu latach kompozytor napisze do mnie ze wzruszeniem: „Na studia wyjechałem do Francji, było to w roku 1939. Tak, pół wieku temu; pięć miesięcy w podchorążówce w wojsku polskim we Francji, jako młody podporucznik prowadziłem mój pluton na ćwiczenia do rytmu i słów Listu. Jakimś cudem wszyscy w moim plutonie i w innych znali List i jak nie w polu to w kantynie, po ćwiczeniach, przy piwie prosili, bym go grywał na rozstrojonym pianinie. Wielu ze słuchaczy miało łzy w oczach”.
Wiera Gran zaś skomentuje to w swoim liście trzeźwo i pragmatycznie: „To pewne, że nieodłącznym tytułem jego kompozycji był List, a „matką tego dziecka” byłam ja. I do końca jego życia, ani inna kompozycja, ani inna wykonawczyni nie przyniosły mu takiej satysfakcji. Nie piszę popularności, gdyż jego nazwisko było kompletnie nieznane nikomu”.
Przez ostatni sezon lat trzydziestych występować będzie z recitalami w Café Vogue, zacznie też jeździć ze swymi piosenkami po wielu miastach przedwojennej Polski. W sierpniu 1939 roku, z paryskiego kabaretu ABC nadejdzie zaproszenie... Za późno: wybuch wojny wyznaczy inne ścieżki.
Uciekając przed okupantem, Wiera Gran znalazła się we Lwowie, gdzie pracowała jednocześnie w dwóch teatrach — Stylowym i Palace. W 1940 roku wróciła do rodziny, do Warszawy i po krótkim okresie występów w kawiarniach (do chwili zamknięcia dzielnicy żydowskiej) połączyła się z rodziną już będącą w getcie.
Rozpoczęła tam pracę w kawiarni Melody-Palace, a potem — przez cały rok do chwili likwidacji getta śpiewała w kawiarni Sztuka. Niezależnie od tego stałego miejsca, pracowała przez krótki czas w teatrze Femina.
Występowała też często na różnych imprezach dobroczynnych. W 1941 roku urządziła własny koncert, z którego całkowity dochód przeznaczyła na biedne dzieci. 2 sierpnia 1942 roku wydostała się z getta przez gmach Sądów i ukrywała się we wsi Babice do chwili oswobodzenia Polski.
Dla Wiery Gran oswobodzenie Polski będzie miało jednak wymiar moralnego zniewolenia. To wówczas usłyszy zarzut o współpracę z gestapo w czasie pobytu w getcie. Zarzut przerodzi się w plotkę, pogłoskę, „tajemne oskarżenie”, zawsze gotowe znaleźć swój przedmiot — bez względu na czas i miejsce. Nie pomogą wyroki uniewinniające, ani wygrywane procesy: plotka, niewinnie brzmiące słówko, będzie wiodącą sprawą reszty jej lat.
Antoni Marianowicz, świadek jej obecności w getcie, oznajmi w końcu: „Zarzuty stawiane pani Gran uważam za żenujący idiotyzm. Wiera Gran była najpopularniejszą pieśniarką getta i nigdy nie słyszałem złego słowa na jej temat. Przeciwnie, znana była z uczynności i filantropii. Pretensje, że „zadawała się” z żydowskimi gestapowcami, uważam .za nieuzasadnione”.
To tam, za murem, poda rękę szukającemu wsparcia koledze, pianiście Władysławowi Szpilmanowi i przyjmie go jako drugiego akompaniatora, i tak powstanie wielka kreacja piosenki — utworu Jej pierwszy bal. Tam też po raz pierwszy zaśpiewa Trzy listy, ofiarowane jej przez Jerzego Jurandota z muzyką Leona Boruńskiego.
Pierwsze lata powojenne Wiery Gran będą stałą szarpaniną pomiędzy koniecznością „dowodzenia niewinności” i kontynuowaniem zajęć artystycznych. Po latach wspomni swych starszych kolegów: Mieczysława Fogga i Ludwika Sempolińskiego — niezawodnych przyjaciół w tamtych chwilach.
W 1950 roku opuszcza Polskę, pragnąc znaleźć „swój dom”, z dala od bolesnej przeszłości. Jeszcze pełna nadziei, nie wie, że pomówienie znajdzie ją i tak, pomimo ciągłych wędrówek — Izrael, Paryż, Caracas, Nowy York i znowu Paryż. „Nie mogłam pozwolić sobie na najmniejszy urlop ani na wypoczynek, musiałam być czujna i stale obecna w danym miejscu”.
W Paryżu połowy lat 50. staje się gwiazdą piosenki francuskiej przy pełnym uznaniu krytyki i aplauzie wyrafinowanej publiczności. Śpiewa w teatrze Alhambra Maurice Chevalier, współpracuje z Aznavourem i Brelem, nagrywa francuski repertuar i w końcu na jeden sezon przyjeżdża do Polski, by m.in. dokonać nagrań. „Dla mnie ulubioną piosenką na płycie Muza — Polskie Nagrania jest To niewiele — a jednak to wszystko, wiersz Antoniego Słonimskiego, do którego Witold Elektorowicz skomponował tę śliczną melodię dla mnie. Piękny wstęp wiolonczelistki mam jeszcze w uszach — a to już tyle lat!”
Najcięższa sprawa jej życia jeszcze ją czeka: brak zgody na występy w Izraelu na początku lat 70. z powodów „tych samych wciąż”. Na estradę już nie wróci, resztę lat poświęcając walce o obronę własnej godności. W końcu sięgnie po pióro. W zakończeniu „Sztafety oszczerców” wyzna: „Napisałam tę książkę dla ludzi dobrej woli, uczciwych, wrażliwych na kłamstwa i niesprawiedliwości, lecz nie znających ani szczegółów ani — od tylu lat trwającej — skandalicznej dreyfusjady przed sądem w Izraelu”.
A do mnie w 1991 roku skieruje słowa: „Proszę pamiętać, że to mnie dotyczyło. Że te 45 lat gnije we mnie. Że to wszystko nie było i nie jest niewinne, że się tego nie można pozbyć. A że nauczyłam się nie pokazywać tego co czuję, więc znajomym wydaje się, że wszystko minęło z... dymem pożarów”.
Jej błyskotliwy intelekt i sprawny umysł z czasem coraz bardziej pozostawał w niewoli lęków, uprzedzeń i nieufności. Nierzeczywistość stawała się rzeczywistością, a złe duchy przeszłości, mieszając się z nieliczną już garstką bliskich i życzliwych, zaczęły pukać nocą do drzwi i okien zagraconego mieszkanka przy Chardon Lagache, grożąc i przypominając o sobie.
I znowu przebłysk wspomnień spowodowany jakimś pytaniem, co zawsze ożywiało głos i twarz starszej pani. Lubiła przywoływać chwile sukcesów i wielkiego powodzenia, chwaliła się rozpromieniona: „W Sali Pleyela publiczność osiem razy mnie wywoływała, a król Jordanii przez cały tydzień przychodził do Dinarzade słuchać jak śpiewam rosyjskie piosenki”.
Na początku lat 90. była jeszcze chętna i gotowa przygotować recital i przystąpić do nagrań archiwalnych, lecz nikt nie był tym zainteresowany.
Później, myśli jej coraz częściej wracały do momentu ostatniego pożegnania z matką w getcie. I do pierwszej miłości, czarnowłosego Władka z ulicy Chmielnej: „Boże! Godzinami mogłam wystawać pod jego oknem, kochałam go tak bardzo”.
Jerzy Płaczkiewicz
Wiera Gran - Legendarna Wiera Gran
Polskie Nagrania, PNCD 1215 / 2008
Utwory:
01. List (Eddie Courts / Wiera Gran) | 4:28
02. Gdy odejdziesz (Stanisław Ferszko / Józef Lipski) | 3:39
03. Piosenka o zagubionym sercu (Henryk Wars / Artur Swinarski) | 3:39
04. Gdy w ramiona bierze mnie (Louis Guglielmi / Krystyna Lipska) | 3:19
05. Ciemna dziś noc (Nikita Bogusławskij / Julian Tuwim) | 2:39
06. Samotna czekam (Harry Warren / Marian Hemar) | 1:55
07. Deszcz (Hamilton Kennedy, Michael Carr / Emanuel Schlechter) | 3:43
08. To niewiele (Witold Elektorowicz / Antoni Słonimski) | 3:33
09. Fernando (Jerzy Gert, Ryszard Frank / Zbigniew Drabik) | 3:18
10. Trzy listy (Leon Boruński / Jerzy Jurandot) | 4:26
11. Maria Dolores (Morcillo Garcia / Feliks Konarski) | 4:20
12. Dwa serca (traditional / Jerzy Jurandot) | 2:19
13. Madonna (traditional / Krystyna Wolińska) | 4:06
14. Bez śladu (Jerzy Petersburski / Wacław Stępień) | 3:38
15. Tango Notturno (Hans Otto Borgmann / Józef Lipski) | 3:14
16. Już wiem (Władysław Daniłowski / Emanuel Schlechter, Jan Brzechwa) | 3:20
17. Wir tańca nas porwał (Friedrich Schröder / Seweryn Mendelson) | 3:22
18. Jej pierwszy bal (Władysław Szpilman / Władysław Szlengel) | 15:05
Utwory 1-13 to LP "Wiera Gran śpiewa" Muza XL 0297 nagrana z towarzyszeniem zespołu instrumentalnego Jerzego Abratowskiego przez Wojciecha Piętowskiego i Halinę Jastrzębską w 1965 roku.
#14 nagrany z towarzyszeniem Stanisława Ferszko (fortepian) dla Syrena-Electro w 1937 roku.
#15 nagrany z chórem i orkiestrą Odeon p/d Jerzego Gerta dla Odeonu w 1938 roku.
#16 nagrany z Orkiestrą Gitar Hawajskich Wiktora Tychowskiegi i Mieczysława Wróblewskiego dla Syrena-Electro w 1934 roku.
#17 nagrany z orkiestrą Odeon p/d Jerzego Gerta dla Odeonu w 1938 roku.
#18 nagrany z Orkiestrą Polskiego Radia p/d Stefana Rachonia dla Polskiego Radia w 1949 roku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz